wtorek, 30 kwietnia 2013

ROZDZIAL 6

po mniej więcej godzinie czasu razem z Wiktorią wróciłyśmy do naszego tymczasowego domu. ciągle myslałam o poprzednim dniu. było naprawdę wspaniale. jeszcze chyba nigdy nie bawiłam się tak dobrze! jeszcze bardziej dziwiło mnie to, że tak dobrze dogadywałam się z właściwie ledwo co znanymi chłopakami. wczoraj wszyscy zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy znali sie od lat. po prostu dobrze czułam się w ich obecności.
dzień mijał nam nadzwyczaj nudno i mozolnie. nie robiłyśmy praktycznie nic, pomijając bezsensowne pałętanie się po domu i obżeranie się czym popadnie. kiedy dochodziła osiemnasta, oglądałyśmy jakiś dziwny serial przyrodniczy opowiadający o ,,fascynującym'' życiu słoni. wtedy przypomniałam sobie o jednej rzeczy. karteczka, która wczoraj znalazłam w sypialni na podłodze. włożyłam ja do szuflady i (jak mniemam) dalej tam jest. a ja nie wiem co zrobić. powoli wstałam w kanapy w której sie wylegiwałam.
- Gdzie idziesz? - zapytała znudzonym głosem Wiktoria
popatrzyłam na nia niepewnym wzrokiem szukając jakiejś rozsądnej wymówki.
- Musze zadzwonic do mamy. obiecałam jej że zadzwonię. - uśmiechnęłam się lekko.
- Ok. - odpowiedziała i wróciła do oglądania swojego pasjonującego programu.
szybko weszłam po schodach na góre i udałam się do mojego tymczasowego pokoju. dalej nie mogę się przyzwyczaić do takich luksusów. kiedy otworzyłam drzwi, zrobiło mi sie duszno. podeszłam do okna i szybko je otworzyłam w celu przewietrzenia pokoju. potem podeszłam do szuflady w której znajdował się tajemniczy liścik.uchyliłam ją lekko i zobaczyłam w niej mały kawałek papieru na którym schludnym pismem jest napisane: ,,przyjdź za dwa dni pod Big - Ben na 11.00''. najbardziej zastanawia mnie to, skąd ta karteczka znalazła sie w moim pokoju. oczywiste jest że ktoś musiał tu być i ja tu zostawić. pytanie tylko kto. w domu mieszkam tylko z Wiktorią, a ona nie prosiłaby mnie przecież o tajemnicze spotkanie pod Big-Ben'em. ktoś tu musiał być. musiał wiedzieć, że nie ma nas w domu. ciarki przeszły mi po plecach na samą myśl o tym, że ktoś mógłby się włamać do ,,naszego'' domu. 
ale tym bedę się zastanawiać później. teraz jeszcze jedno pytanie. czy powinna tam iść? w głowie kotłowało mi się wiele różnych scen z kryminałów. coś mi jednak mówi że nie powinnam tak tego zostawiać, bo potem będzie mnie to nękać po nocach. ale boje się tam tak iść. to mógł być każdy, jakiś pedofil, czy gwałciciel... nie wiem sama. usiadłam powoli na moim wielkim łożu i zaczęłam intensywnie zastanawiać się nad tą całą sytuacją. podciągnęłam jedno kolano pod brodę, wciąż wgapiając sie w tą durną karteczkę. 
w końcu jednak zdecydowałam, że pójdę tam sama. nie wiem co mna kieruje, ale wydaje mi się ze to najrozsądniejsze wyjście, chociaż ta cała sytuacja jest paranoiczna. odłożyłam karteczkę na stoliczek nocny i położyłam się się krzyżem na łóżko. postanowiłam nie myśleć o tym aż do jutra, chociaż na początku nie koniecznie mi to wychodziło. na moją twarz wskoczył grymas niechęci. w tedy przypomniałam sobie wczorajszy wieczór i uśmiech sam wskoczył na moja twarz. coś mi się wydaje, że to nie jedyny taki nasz wspólny grill. 
po mniej więcej dziesięciu minutach rozmyślania nad niczym i nad wszystkich, poczułam jak powoli sen łapie mnie w swoje sidła, a ja odpłynęłam.

kiedy się obudziłam dochodziła dwudziesta. wstałam niepewnie z łóżka i podeszłam do otwartego okna,  żeby je zamknąć. w pokoju zrobiło sie zimno. potem ciągle ziewają zeszłam powoli na dół. kiedy byłam w połowie schodów usłyszałam męskie głosy dochodzące z salonu.przystanęłam na chwilę i zaczęłam nasłuchiwać. mam tylko nadzieję że nikt nie usłyszał MNIE. nie za bardzo wiedziałam o czym rozmawiają, ponieważ jeden przekrzykiwał drugiego. nie wiem ilu ich tam było. 
-Harry kretynie!!!!! - usłyszałam
uśmiechnęłam sie sama do siebie, gdy usłyszałam te słowa. czyżby chłopcy sie za nami stęsknili? wyszczerzyłam się na tą myśl i jak najciszej zeszłam po schodach, kierując się do łazienki. jednak kiedy już otwierałam drzwi w progu salonu staną Louis.
-Will!!!!!! - wyszczerzył sie i szybko do mnie podbiegł, przytulając mnie przy okazji.
- Will? - zapytałam ze zdziwieniem. nikt nigdy mnie tak nie nazywał, ale jest to lepsze od mojego pierwotnego imienia, którego wprost nie cierpię
- Taki skrócik. - uśmiechnął sie do mnie promienie i uwolnił z uścisku.
trzeszczka zdziwiła i speszyła mnie ta akcja, ale nie odezwałam się słowem.
- Chodź do nas. wszyscy czekaliśmy az się wreszcie obudzisz. - powiedział i znów tak uroczo sie uśmiechnął pokazując przy tym swoje śliczne ząbki. na ten widok sama sie uśmiechnęłam i chcąc nie chcąc nie mogłabym odmówić takiej ślicznej mordce. 
- już idę tylko pójdę do łazienki dobrze? - zapytałam z nadzieją w głosie.
- Jasne. - powiedział a ja szybko weszłam do łazienki. 
stanęłam chwilę pod drzwiami i odetchnęłam z ulgą. podeszłam szybko do lustra sprawdzając stan moich włosów i twarzy. zauważyłam ostatnio że moje włosy stają się coraz ciemniejsze. kiedyś miałam ciemny blond, aktualnie ciemny brąz. skrzywiłam się troche poniewarz lubił mój poprzedni kolor włosów. może czas się zacząć farbować?
wzięłam szybko gumkę do włosów i spięłam je szybko w niedbałego koka. następnie pochyliłam się nad umywalką i umyłam szybko twarz, żeby jako tako wyglądać. umyłam szybko zęby, a kiedy wytarłam twarz rozpuściłam włosy i sięgnęłam po szczotkę do włosów. szybko przeczesałam rozczochrane kosmyki sięgające mi do połowy klatki piersiowej. odłożyłam szczotkę i po krótkiej ocenie uznałam że mogę tak wyjść.
kiedy otworzyłam drzwi i chciałam wyjść wpadłam na eysokiego bruneta, którym jest Louis.
- co ty tu robisz? - zapytałam z oburzeniem.
- czekam na ciebie - uśmiechnął się dziwnie - a tak na prawde to czekam na swoja kolej - powiedział po czym wparował do łazienki klepiąc mnie przy tym po ramieniu.
nie potrzebowałam wiecej wyjaśmień. zasmiałam sie cicho pod nosem i powolnym krokiem ruszyłam w kierunku salonu. kiedy już chciałam wejść do wymienionego wczesniej pomieszczanie, niespodziewanie usłyszałam pukanie do drzwi. podeszłam szybko do nich i powoli otworzyłam.  kiedy wyjrzałam żeby zobaczyć, kto zakłuca nasz spokój, zdziwiłam sie widząc stojącego przed drzwiami Malika ze spuszczoną głowom. 
- Cześć. są tu chłopaki? - zapytał cicho.
- jasne wejdź. - otworzyłam drzwi szerzej i zaprosiłam go ruchem ręki do środka.
- Cos sie stało - zapytałam nieśmiało kiedy przechodził przez próg.
- Nic ważnego - powiedział cicho i uśmiechnął się delikatnie, ale sztucznie. postanowiłam nie naciskać, w końcu nie moja sprawa. zamknęłam za nim drzwi i zaczęłam podziwiać czubki moich niebieskich trampek.
- Zerwałem z Perrie... - powiedział znienacka.  podniosłam zdziwiona głowę i popatrzyłam na niego ze współczuciem. patrzył sie gdzieś na ścianę w nieistniejący punkt. ciągle miel spuszczoną głowę. nie wiedząc co zrobić podeszłam do niego powoli i przytuliłam w pocieszającym geście. o dziwo odwzajemnił mój gest i mocno przytulił. po chwili poczułam jak po ramieniu spływa mi mokra ciecz. zorientowałam się że płacze. jednak nie chciałam mu robić wstydu więc nie ruszyłam się w ogóle i pozwoliłam mu sie wypłakać. nie powiem że jest to dla mnie komfortowa sytuacja, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy. po chwili chłopak zorientował się co robi i szybko oderwał sie ode mnie ocierając łzy które dalej spływały mu po policzkach. otarł je szybko, nie chcąc żeby ktokolwiek inny je zobaczył.
- przepraszam cię - powiedział cicho - nie wiem co we mnie wstąpiło....
- nic nie szkodzi czasami dobrze sie jest wypłakać - uśmiechnęłam sie pocieszająco
- Dzięki - powiedział po czym odwzajemnił uśmiech
w tym momencie louis wyleciał z łązienki i już miał pobiedz do pokoju kiedy zobaczył nas stojących w przedpokoju. uśmiechnął się dziwnie, a ja, nie wiem dlaczego, poczułam że robi mi sie gorąco na twarzy.
- proszę proszę, widze że nasz drogi kolega postanowil lepiej zapoznac sie z nasza drogą...
- daruj sobie - warkną na niego Zyan co mnie zaskoczył.
jednak Louis od razu wyczuł sytuacje i przestał żartować. zauważył że coś jest nie tak. podszedł do Mulata i zmarszczył czoło.
- Co sie stało? cos nie tak z perrie? randka nie wyszła?
Malik znowu spuscil głowe podziwiając czubki swoich butów. po chwili milczenia odezwał się tak cicho że tylko ja i Louis moglismy go usłyszeć.
- Zerwałem z nią... - powiedział i zaczął błądzić wzrokiem po podłodze. 
Louisowi zrzedła mina podszedł do przyjaciela i przytulił go serdecznie, tak jak ja zrobiłam to przed chwilą. poczułam sie trochę jak na pogrzebie. malik odwzajemnił uścisk Tomlinsona i po chwili oderwali sie od siebie patrząc sobie w oczy.
- będzie dobrze stary. zobaczysz.. - odezwał się Louis
dziwiła mnie lekko ta cała sytuacja. ta dziewczyna musiała wiele dla niego znaczyć, skoro aż tak to przeżywa. nie spodziewałambym sie tego po nim. zrobiło mi sie go żal. chciałabym podejść do niego jeszcze raz i powtórzyć swój uścisk. 
po chwili usłyszeliśmy jak ktoś idzie w naszym kierunkiu. cała nasza trójka odwróciła sie w tamta stronę i ujzelismt idących w nasza stronę Liama i Wiktorię.
- hej co was tak długo nie ma? - zapytała z uśmiechem wiktoria - Zayn! - rozpromieniła się na widok chłopaka, jednak nie na długo widząc jego minę -  coś się stało? - zapytała niepewnie.
po chwili stali już kołonas patrząc na nasze grobowe miny i czekając az ktokolwiek sie odezwie. chciałabym to zrobic, ale wiem że nie mogę. w końcu nie powinnam w ogóle odzywac sie w tej sprawie.
- co sie stało? - zapytal zatroskany Liam
wszyscy popatrzyliśmy na Zayna czekając na jego odpowiedź. po chwili krepującego milczenia w końcu odezwał sie nie podnosząc wzroku.
- zerwałem z Perrie.. - usłyszałam trzeci raz w przeciągu dziesięciu minut.
liam natychmiast podszedł do przyjaciela i przytulił go mocno. w jego oczach było widać żal i smutek. nie wiem dlaczego ale w oku zakręciła mi sie łza... boże Willow! przecież ty go nawet dobrze nie znasz! nikt nie umarł! pokręciłam głową sama do siebie. współczuje mu bardzo, ale nie aż do łez!
- nie martw się stary... - liam poklepał go po plecach a potem oderwali się od siebie. Payne delikatnie usmiechna sie do przyjaciela. jednak Zayn nie odwzajemnił jego gestu i ponownie spuścil głowę błądząc wzrokiem po podłodze.
- Chciałem tylko sprawdzić czy tu jesteście. - odezwał sie cicho, ale wszyscy mogiśmy go usłyszeć - wracam do domu. przepraszam za kłopot Willow... - tutaj uśmiechnął sie delikatnie, a ja odwzajemniłam usmiech.
- nie ma sprawy..
- Cześć dziewczyny - powiedział po czym szybko wyszedl za drzwi, wpuszczając do domu fale chłodnego powietrza, która zniknęła wraz z zamknięciem sie drzwi.
staliśmy tak krótką niezręczną chwilę gapiąc sie na siebie. po chwili do przedpokoju weszli Niall i Harry.
- Hej ludzie, co was tak długo nie ma? Niall juz prawie wszystko zjadł. - odezwał się Harry
popatrzylismy po sobie nie wiedząc za bardzo co powiedzieć. przynajmniej ja. na szczęście z opresji wybawil nas Liam.
- Powiemy wam w drodze do domu. musimy isc do Malika. - powiedzial po chwili.
- Już idziemy - zapytał ze zdziwieniem Horan.
liam pokiwał tylko głową, dając do zrozumienia, że nie ma zamiaru kłócić sie na ten temat. niall i harry popatrzyli po sobie nie wiedząc co sie stało, ale nie mieli zamiaru się sprzeciwiać. 
- No to... dzięki za wieczór! zmówimy się jeszcze kiedyś! - powiedział wesoło Niall
uśmiechnęłam sie na te słowa, podobnie jak moja przyjaciółka.
po chwili cała czwórka zaczęła kierować sie do wyjścia.
- cześć! - krzyknęli wszyscy chórkiem. ostatni wychodził Liam i kiedy mial juz wychodzić zatrzymał sie na chwilę przy mnie i Wiki.
- Ja.. nie wiedziałem. przepraszam za kłopot i.. dzięki. - uśmiechną się słabo.
- nie ma o czym mówić- odpowiedziała mu Wiktoria. - szkoda mi go. mam nadzieję że szybko dojdzie do siebie. - uśmiechnęła się blado.
- ja też - odpowiedział - dzięki za wieczór. na razie dziewczyny - podszedł do nas i każdą z nas obdarzył całusem w policzek co mnie jeszcze bardziej zdziwiło, ale nie dałam po sobie tego poznać - na razie. - powiedział po czym wyszedł.
razem z Wiką popatrzyłysmy po sobie nie wiedząc co powiedzieć. w końcu ona przerwała cisze.
- to było dziwne.
- ja się ciebie pytam co oni tutaj robili?
- a bo ja wiem. siedze sobie i dokańczam mój zajmujący program no i w tedy oni zaczynają dobijac sie do drzwi mówiąc że sie za nami strasze stęsknili. miałam ich wyrzucić?
podniosłam ręce w obronnym geście. 
- ja sie tylko zapytałam.... - usmichnęłam się zadziornie. popatrzyła sie na mnie takim samym wzrokiem i obje zasmiałysmy sie cicho.
poczułam jak zaczeło burczec mi w brzuchu. w końcu najwyższy czas, niejadłam nic od trzeciej godziny.
- ide sobie zrobić jakies kanapki. chcesz? - zapytałam idąc w kierunku kuchni.
- zanim zrobisz te kanapki zajżyj najpierw do salonu!
zmarszczyłam brwi nie wiedząc o co jej chodzi, ale posłuchałam i poszłam do salonu. już wiem po co. na ławie lezało z dziesięc opakowac po pizzie. jeszcze dwie zostały nietknięte. usmiechnełam się do siebie na ten widok. ciekawe co się tu działo jak ja spałam. nic nie mówiąc usiadłam na kanapie i wzięłam do reki jeden kawałek pizzy z kurczakiem. dopiero teraz sobie uswiadomiłam jak bardzo byłam głodna!
zjadłam prawie całą pizze oglądając jakiś durna komedię w telewizji. kiedy skończyłam opadłam cięzko na kanapę. popatrzyłam na wiktorię, która zajęła się konsumowaniem drugiej pizzy.
- więc... po co oni tak w ogóle przyszli? - zapytałam zadziornie.
- już ci mówiłam - popatrzyła na mnie z przekąsem.
- a o czym  rozmawialiście?
- nie masz nic ciekawszego do roboty? - zapytała poirytowana.
- na razie nie 
- o wszystkim. pytali skąd dokładnie pochodzimy, o rodzine i takie tam bzdury.
- i tylko po to przyszli? - zapytałam z nie dowierzaniem.
- na to wygląda.
wzruszyłam ramionami odpuszczając. 
- nie martw się jakby mnie jutro rano nie było. pójdę sobie pobiegać - powiedziałam i z wielkim trudem podniosłam się z kanapy idąc w kierunku schodów.
- idziesz juz spać? - zapytała zdziwiona
- no... tak. śpiąca jestem.
popatrzyła na mnie dziwnym wzrokiem jakbym była z kosmosu. usmiechnęłam się tylko do niej delikatnie i poszałam do kuchni. wyciągnęłam z lodówki sok pomarańczowy, szklankę z górnej szafki i nalałam napoju do naczynia. kiedy wróciłam do salonu Wiktoria gapiła sie w telewizor dalej jedząc pizze.
- idę spać. do jutra.
- na razie - odpowiedziała z fotela nie odruwając wzroku od telewizora.
przewróciłam oczami i szybko wbiegłam na górę. kiedy weszłam do pokoju, postawiłam szklanke z sokiem na szafeczce nocnej, po czym podeszłam do szafy i wyjełam z niej moją piżamę. wyszłam z pokoju i skierowałam się do łazienki. kiedy umyłam szybko zęby i twarz,  przebrałam się w piżamę. wruciłam szybko do pokoju, kładąc sie na wielkie łóżko i przykrywając szczelnie kołdrą. spojzałam jeszcze tylko na wyswietlacz mojego telefonu. dochodziła dziewiąta. i dobrze. nie lubie kłaśs sie późno spać. po za tym, nie wiem czym, ale jestem zmeczona, wiec juz po chwili zaczął morzyć mnie sen....

wracałam od koleżanki. noc była zimnama i ciemna. szłam szybko, chcac jak najszybciej znalesc sie we własnym łózku. 
kiedy skreciłam w bocznął drogę mało co nie wpadłam na wielkiego mieśniaka, idacego w przeciwną strone. ominełam go szybko i dalej szłam w swoim kierunku. odwróciłam na chwile głowe, chcąc sprawdzić co zrobił męzczyzna. ku mojeu zdziwieniu, zaczał iśc za mną, a jeszcze przed chwila szedł w przeciwną stronę. przyspieszyłam troche kroku. poczułam że po plecech przebiegł i nie miły dreszcz, więc jeszcze bardziej przyśpieszyłam. kiedy obejzałam się za siebie zauważyłam, że odległośc między mną i mezczyzną znacznie sie zmniejszyła. przestraszyłam się nie na zarty i po chwili biegłam juz chcą jak najszybciej wrócic do domu. popatrzyłam sie przed siebie i zobaczyłam mały park przez który mogłam sobie skrócic drogę. przeszłam przez bramke i zaczełam biec do drugiego wyjścia. usłyszłam kroki za mną.zamarłam na chwile ze strachu. obejżałam się i w tedy meżczyzna złapał mnie mocno w pasie, tak że przez chwile nie mogłam oddychać. kiedy złapałam oddech zaczełam sie szarpac i wyrywać, ale on byl ode mnie o wiele silniejszy. moje serce przyspieszyło, a ja poczułam jak po policzkach zaczynaja spływac mi łzy... chciałam żeby mnie puscił, zaczełąm krzyczec po pomoc, błagac żeby mnie puścił. po chwili uderzył mnie w twarz tak że przewruciło mi się w oczach. wiedziałam juz ze nie mam szans. mężczyzne kopna mnie kolanem w brzuch. poczułam przeszywający bol... zaczęłam strasznie płakać, ale on uderzył mnie jeszcze raz w twarz, łamiąc mi przy tym szczękę. poczułam sie takak bezsila.... a mam mnie ostrzegała.... tylko że ja zawsze musze byc madrzejsza....... teraz za to zapłacę....


siemka!
postanowiłam na nowo zacząć dodawać rozdziały.  mam nadzieje że znajdzie się więcej chetnych do czytania i że opowiadanie bedzie sie podobać! jestem wam wdzięczna za wszystkie wejści i komentarze. pozdrawiam i zapraszam do czytania
bajka
PS. komentarze motywują do pisania!